Makijażowa rewolucja

17
fot. Pixabay
fot. Pixabay

Od pewnego już czasu zgadzamy się co do tego, że make-up nie powinien szkodzić. Ale, czy możliwe jest, aby kolorowe kosmetyki leczyły?

Wśród kosmetyków do makijażu pojawiają się już linie kosmetyków hipoalergicznych czy organicznych. Jednakże tzw. „kolorówka” rzadko jest w stu procentach organiczna.

Nadal ogromna większość makijażu zawiera substancje nieprzyjazne dla skóry, drażniące oczy, utrudniające cerze oddychanie. Większość świadomych konsumentek, czytających składy serum i kremu przed ich zakupem, nie stosuje tej samej zasady dla makijażu. Nadal nie zastanawiają się, co jest „w środku” ich cynobrowej szminki czy pięknie zielonego cienia do powiek. A przecież możemy oczekiwać więcej, możemy wymagać upiększenia także poprzez uzdrawianie naszej skóry! Zacznijmy jednak od rysu historycznego.

Pięć tysięcy lat malowania twarzy

Dodawanie buzi koloru to nie pomysł ostatnich paru wieków. Najstarsze ślady makijażu w wykopaliskach datuje się na pierwszą dynastię egipską w latach 3100-2907 p.n.e.! Egipcjanki barwiły dolne powieki ciemnozielonym cieniem, a rzęsy czernidłem. Zarówno kobiety jak i mężczyźni używali maści i kremów chroniących przed zmarszczkami, a nawet zabezpieczali swych bliskich na życie pozagrobowe, umieszczając słoiczki z kosmetykami w ich grobowcach!

Mieszane uczucia

Ludzkość raz to zakochiwała się w idei upiększania twarzy, kiedy indziej zaś kategorycznie ją odrzucała.

Rzymski filozof Plautus (254-184 p.n.e.) porównał kobietę bez makijażu do jedzenia bez soli. W jego czasach podkreślane były czernią brwi i rzęsy, a twarze bielone kredą z dodatkiem różu na policzkach.

W Wiktoriańskiej Anglii natomiast malowanie twarzy było w bardzo złym tonie. „Przyzwoite kobiety” mogły jedynie depilować brwi, smarować rzęsy olejem rycynowym, stosować domowe maseczki odżywiające cerę i ewentualnie przyprószyć nosek mąką ryżową. O szmince nie mogło być mowy, jednak pomada do ust często zawierała odrobinę koloru. Sok z buraków służył dla ożywienia policzków, a kropelka soku z cytryny zakropiona do oczu dodawała im blasku. To już jednak w ścisłej tajemnicy!

Bez umiaru

Było w historii kilka epok, kiedy make-up miał być niemal wyzywający, stanowić pewien manifest, tak jak za czasów Karola II. Wtedy to liczne epidemie sprawiły, że bano się wychodzić na „morowe” powietrze. Silny makijaż miał przykrywać chorobliwą bladość i rzucać wyzwanie czyhającej chorobie.

Stulecie później, w okresie Restauracji Burbonów, czerwony róż na policzkach i szminka zdobiły twarze obydwu płci. Poza Francją patrzono na te zwyczaje raczej krzywo.

Śmiertelne niebezpieczeństwo

Już w starożytnej Grecji i Rzymie ich mieszkanki używały kredy lub bieli ołowianej jako wybielającego pudru. Problematyczna była szczególnie ta druga, gdyż jej używanie nie tylko rujnowało skórę i prowadziło do wypadania włosów, powodowało problemy żołądkowe i drgawki, ale mogło zakończyć się tragicznie. Czy to powstrzymało płeć piękną przed ich stosowaniem? Ależ nic podobnego!

Włoski Renesans do ołowiu dodał arszenik, składniki słynnej wówczas Aqua Toffana. Na tę truciznę w pudrze stać było tylko zamożną klientelę. Twórczyni tego specyfiku została stracona po śmierci 600 swych klientów, jednak stosowanie śmiercionośnych chemikaliów nadal miało się dobrze.

XIX wiek to era bieli ołowianej wraz z rtęcią! I choć Europę obiegły wieści o śmierci słynnej kurtyzany, Kitty Fischer, spowodowanej ich stosowaniem, nie odstraszyło to współczesnych piękniś.

Głębokie spojrzenie, cud włosy

W dziewiętnastym stuleciu kobiety zdawały sobie sprawę, że wkraplana do oczu belladonna jest trucizną, jednak nic nie sprawiało, że oczy tak błyszczały, jak właśnie ona. Wiele więc dam uznawało, że warto ją stosować. Aptekarze, wówczas pełniący rolę twórców mikstur upiększających, chętnie używali rtęci i kwasu azotowego. Ulubiona koloryzacja włosów natomiast wymagała zastosowania pochodnych smoły, dopiero od niedawna całkowicie zakazanych w farbach do czupryny. Chyba już elżbietańska Anglia, ze swoim umiłowaniem do twarzy posmarowanych białkiem jajka dla efektu błyszczącej maski, wybrała bezpieczniejszą opcję.

Makijaż permanentny – pierwsza odsłona

Może nam się wydawać, że makijaż permanentny to zdobycz ostatnich kilku dekad. Tymczasem już w pierwszym dziesięcioleciu XX w., tuż po pojawieniu się pierwszego pudru prasowanego w puzderku ze lusterkiem i puszkiem próbowano permanentnego upiększania. Najpierw jednak popularna stała się szminka w metalowym dozowniku, autorstwa Maurice Levy, a następnie pojawiła się maskara stworzona dla pięknej Mabel, dziś znana jako Maybelline. Max Factor wiódł prym w makijażowych innowacjach, a kobiety z reguły nie zmywały makijażu na noc, by nie być widziane przez mężów z „nagą twarzą”. Toteż gdy George Burchett, zwany „Beauty Doctor”, zaproponował wprowadzanie szminki pod skórę jak tatuażu, chętnych było mnóstwo. Konsekwencje były jednak opłakane: zakażenia, oszpecenie, zbliznowacenia wokół ust.

Męska sprawa

Dlaczego kobietom miałoby być wolno, a panom nie? Egipcjanie i Arabowie chętnie upiększali swe męskie oblicza odrobiną koloru. Makijaż męski chyba wszystkim kojarzy się z Francją epoki Marii Antoniny i słusznie, to jednak angielski król, Jerzy IV, zasłynął tym, że na kolorowe pomady i czernidła wydawał absolutną fortunę. W dawnej Polsce make-up dla panów jednak zawsze uważany był za kaprys dandysów. Przekonanie to pokutuje do dziś, choć wystarczy wybrać się do sklepu wolnocłowego na warszawskim lotnisku, by móc zakupić paletę makijażu dla mężczyzn, i to w kilku dyskretnych wersjach kolorystycznych. Drogie panie, nie bądźmy egoistyczne: może mamy do czynienia z nowym obliczeń równości? Może i brzydka płeć może wyrażać swą osobowość i zyskiwać pewność siebie poprzez dobór kolorowych kosmetyków?

Odważny dwudziesty wiek

Szminki w wielu odcieniach, jeszcze na bazie mydła i bardzo wysuszające wargi, stały się popularnym orężem elegantek od lat dwudziestych. Zaczęłyśmy używać zalotek do rzęs, choć prototypy sporo ich przy okazji wyrywały.

Od lat trzydziestych aż do dziś inspirujemy się aktorkami: pamiętacie kocie oczy Audrey Hepburn? Albo hipisowski look o bladych ustach i mocno podkreślanych oczach?

Paleta cieni do oczu nie przestała się powiększać do dziś, policzki i usta raz mamy matowe, raz rozświetlone, makijaż może być w kolorach naturalnych lub intensywnie wibrujących. Co jednak ze zdrowiem? Czy nie wpadamy znów w podobne pułapki, co przed wiekami?

Bezpieczny makijaż

Pierwsza zasada każdego działania na rzecz zdrowia i urody to „nie szkodzić”.
Tymczasem sytuacja na rynku kosmetycznym jest nadal problematyczna, choć już nie tak dramatyczna jak kiedyś: parabeny (niektórzy twierdzą, że jednak niezbędne), syntetyczne barwniki, sztuczne zapachy.

Regulacje prawne teoretycznie dbają o nasze bezpieczeństwo i szkodliwych składników w pojedynczym cieniu czy różu jest mało, lecz w dzisiejszych czasach borykamy się z zabójczą wręcz kumulacją tych „mniej niż 1%” dysruptorów hormonalnych i przenikających do krwiobiegu chemikaliów. Co konkretnie wymaga zmiany podejścia i wykluczenia z naszego kosmetycznego menu?

Wołanie o oddech albo silikony i oleje mineralne

Jedne lub drugie występują w praktycznie każdej bazie pod makijaż, fluidzie, pomadkach, tuszu do rzęs czy korektorze. Są tanie i ułatwiają poślizg kosmetyku, wygładzają skórę i wypełniają zmarszczki. Przez swoje działanie okluzyjne słabo przepuszczają tlen. W związku z tym trudniej dochodzi do wymiany gazowej i skóra nie oddycha tak, jak powinna.

Na dodatek nie są biodegradowalne. Przez to mogą działać komedogennie, co zarazem oznacza zatrzymywanie toksyn w organizmie.

Barwniki i pigmenty

To sama „dusza” kolorowego kosmetyku. Dziś już, na szczęście, żaden ze składników barwiących nie może zawierać metali ciężkich takich jak ołów, arsen lub miedź. Dopóki jednak konsumenci nie nauczą się starannie czytać etykiet, producenci będą stosować tanie, syntetyczne i niebezpieczne dla zdrowia barwniki. Czy przesadzam? Oceńmy sami: mimo tego, że ołów jest zabroniony w produkcji kosmetyków kolorowych, jego śladowe ilości mogą pojawić się w surowcach stosowanych w ich wyrobie. Zgodnie z prawem, niewielkie ilości ołowiu nie są zamieszczane na liście INCI, tutaj więc nawet nie pomoże jej staranne przestudiowanie! Większość z nas dzień w dzień maluje usta szminką zawierają ołów. Czy fakt, że jest go mało naprawdę nas uspokaja?

Czy to piękny zapach?

Większość aromatów naturalnych, droższych i często działających wręcz terapeutycznie, ma swoje odpowiedniki w tanich substancjach syntetycznych. Aromaty syntetyczne mogą powodować uczulenia, przede wszystkim w formie wysypki i podrażnień ale i zaburzać gospodarkę hormonalną poprzez blokadę receptorów! Są tym bardziej niebezpieczne, gdyż szybko wchłaniają się przez skórę. Takie np. syntetyczne piżmo może uszkadzać wątrobę. Niestety do tej pory nie określono żadnego prawa, które nakazuje podanie go w INCI.

PCV na skórze czyli astmatyczne ftalany

W kosmetyku pełnią funkcję rozpuszczalnika oraz plastyfikatora, nadają odpowiednią gęstość i elastyczność produktowi i przedłużają jego trwałość na skórze. Dodatkowo tworzą na powierzchni skóry film, który działa zmiękczająco i wygładzająco. Poza przemysłem kosmetycznym są stosowane w produkcji tworzyw PCV. Możemy je znaleźć w lakierach do paznokci czy perfumach. Ftalany łatwo wchłaniają się do organizmu, przez co mogą powodować szereg zaburzeń, takich jak astma, a nawet bezpłodność. Obecność tych związków na liście INCI jest dobrą wolą producenta, ponieważ dawka ftalanu użyta do produkcji danego kosmetyku, nie zawsze przekracza 1%, co oznacza, że zgodnie z prawem nie ma obowiązku wykazywania jej w spisie.

Tak dłużej być nie powinno

Czy można inaczej? Otóż jak najbardziej, z tym że wymaga to zmiany podejścia do makijażu w kilku aspektach. Regulacje odgórne to jedno, ja jednak bardzo wierzę w siłę świadomego konsumenta.

Minimalizm w podejściu do urody, a więc i make-upu, sprawi, że zamiast kupować dużo tanich, syntetycznych kosmetyków kolorowych postawimy na jakość zamiast ilości. Olejki eteryczne, naturalne pigmenty, woski roślinne i pszczele, glinki lub roślinne pyłki nie będą najtańsze, lecz gdy staną się trendy, ceny surowców staną się przystępniejsze. Przede wszystkim musimy jednak zrozumieć, że…

Piękna cera broni się sama

Nie ma potrzeby pokrywać jej grubą warstwą kosmetyku. Jeśli jest wypielęgnowana, jeśli powszechna stanie się tak propagowana przez moją metodę anti-agingu Yogattractive sztuka automasażu, jeśli koloryt cery poprawimy dzięki jej ukrwieniu i detoksyfikacji, wystarczy odrobina poprawek „Matki Natury”. Dziś chciałabym przedstawić trzy „gwiazdy” makijażu minimalistycznego, który jest więcej niż tylko zdrowotnie neutralny, lecz daje urodzie więcej: a mianowicie leczy.

Róż od środka

W naszej strefie klimatycznej często jesteśmy nieco blade. Szczególnie jeśli rozumiemy potrzebę ochrony przed promieniami UV. Tutaj z pomocą przychodzi królowa antyutleniaczy, astaksantyna, najlepiej przyjmowana doustnie ale także mile widziana w kosmetykach. Nie, cera nie zrobi się marchewkowa! Będzie wyglądała na tyle zdrowo, że odrobina naturalnego różu będzie zaledwie „wisienką na torcie”. Astaksantyna delikatnie „opala” skórę całego ciała, a co równie ważne, stanowi absolutne dobrodziejstwo da całego naszego organizmu: to najsilniejszy znany przeciwutleniacz: 54 razy silniejsza niż betakaroten, 65 razy silniejsza niż witamina C, 500 razy bardziej aktywna niż witamina E i koenzym Q10. Ja bez niej życia sobie nie wyobrażam.

Sarnie oczy Arabki

Na całym Bliskim Wschodzie jest to artykuł w makijażu niezbędny: kohl. To proszek z 12 palonych ziół, charakteryzujący się niezwykle głęboką czernią. Można go stosować jako eyeliner lub cień, w kredce lub w proszku. Jest dobrodziejstwem dla podrażnionych oczu. Stosowany był od wieków także przez Arabów płci męskiej, by chronić oczy przed zaczerwienieniami spowodowanymi pyłem pustyni unoszącym się w powietrzu. Na współczesne zanieczyszczenia jak znalazł! Dodatkowy bonus? W tym makijażu można nawet spać: białka oczu rano będą czyste!

Kwietny pył na nosek

W dawnej Polsce pyłek z widłaka był niezwykle ceniony jako zasypka dla niemowląt, środek na problemy skórne, trudno gojące się rany i żylaki oraz na odleżyny u osób starszych. A to dlatego, że jest antyseptyczny, kojący ale jest także witaminowo-mineralną bombą, przez co odżywia osłabioną skórę. Świetnie sprawdza się jako puder transparentny. Rozmieszany z odrobiną kremu stanowi lekki podkład. Większość podkładów wzmaga problemy skórne, mimo zapewnień producentów, przez swoje kolizyjne działanie. Tutaj mamy leczenie i upiększanie w jednym!

Współczesna obsesja?

Nierzadko słyszę opinie, że w dzisiejszych czasach presja, by wyglądać pięknie jest ogromna jak nigdy dotąd. Że dążenie do perfekcji doprowadzamy do przesady, podczas gdy dawniej ludzie mieli mniej obsesyjne podejście do upiększania swoich twarzy i ciał. Mam wtedy ochotę się uśmiechnąć – potrzeba bycia atrakcyjną za niemal wszelką cenę, jak starałam się pokazać szkicując krótką historię makijażu, była w nas, kobietach i mężczyznach od zarania.

Dziś jednak chciałabym dla nas więcej: by cera jaśniała blaskiem zdrowia i była delikatnie wspomagana paletą leczniczych barw. Makijaż funkcjonalny jest jeszcze w zarodku, lecz jestem przekonana, że do niego należy przyszłość.

 

Olga Szemley-Goudineau
Twórczyni Yogattractive, autorskiej metody rewitalizacji twarzy, dyplomowany instruktor jogi Bikram, artystka i globetrotter.
www.yogattractive.com

DSD de Luxe